Latoś pofolkowało
Cztery zespoły to niewiele. Występu czterech grup raczej nikt nie zapamięta, bo ni to festiwal, ni koncert, ni jarmark. Ale kaliber tych wykonawców. I tu rozpoczyna się pieśń pochwalna dla organizatorów za dobór grup muzycznych. Norweskie granty pozwoliły, by „Folkuj lato” było latem gwiazdorskim.
Sobotni poranek 25 lipca mnie nie zdziwił. Nowa świecka tradycja dała o sobie znać: dobry koncert w stolicy Bieszczad równa się przytupywanie pod parasolem albo w przeciwdeszczowej kurtce. Leje jak z cebra. Pojawiły się domysły: może będzie w kinie, może przełożą, pamiętając o zeszłorocznej powodzi na pierwszym terminie koncertu na 30-lecie KSU. Nie przełożą! Będziemy moknąć!
Zbliża się popołudnie. Pogoda nie może się zdecydować. Straganom deszcz niestraszny. Pojawiły się popcorn i wata cukrowa. - Będzie dobrze - mówię, patrząc na chmury. Pewnie tak samo pocieszają się nieliczni jeszcze goście. Cukier - jak wiadomo - krzepi, więc przeszczęśliwe dzieci biegają wte i wewte z puchatymi kulami.
Na scenie pojawia się „Siklawa”. A chmury… powoli się rozchodzą. Na szczęście nie dosłyszały nazwy zespołu. „Siklawa” reklamuje się jako tatra folk. Zespół zaproponował mieszankę reggae i folkowego grania ze świetnymi kobiecymi wokalami. Po występie grupy spod większych gór czekamy na kolejną siłę muzycznej tradycji. Za chwilę słuchamy Max Klezmer Band. Żywiołowość bliskowschodniej muzyki połączonej z bałkańskimi melodiami i podanie tej energetyzującej całości w jazzowych aranżacjach rozwiązuje kwestię pogody: nie będzie lało! Max Klezmer Band żegna Ustrzyki ciepłymi słowami, Ustrzyki żegnają Max Klezmer Band gromkimi oklaskami. Wszyscy zadowoleni.
„Kapela na Dobry Dzień” rozgrzewa się, grając Billie Jean. Teraz koncert właściwy. Grają z fantazją i polotem. Słyszałam ich wcześniej na koncercie tylko raz. Wtedy byli dobrzy. Teraz są świetni. Pojawiają się pierwsze samorodne grupy tańczących...
Subtelne podkłady karaoke nie zapowiadają tego, co rozpęta się na scenie. Długo każą na siebie czekać, stroją się, biegają po scenie, dopasowują mikrofony. „Haj-da-ma-ki! Haj-da-ma-ki!” - skanduje publika. Gaśnie światło... Wyszedł Sasza: „Ne maje chliba – spiwaj!” I zaczął się kozacki szał. Chyba żaden występujący na ustrzyckiej scenie zespół nie wzbudził takich emocji i nie zmusił do tańca tylu osób.
„Haydamaky” w Polsce są zjawiskiem ciekawym nie tylko muzycznie, ale i kulturowo. Pną się po listach przebojów i nagrywają z największymi polskiej muzyki. Ale przede wszystkim pokazują, że Ukraina to nie tylko bieda, tania wódka i papierosy z przemytu, ale i wspaniała kultura, świetni muzycy i całkiem nowe, a przecież stare brzmienie pieśni kozackich.
No i po wszystkim. Został folkowy bałagan pod sceną, wydeptana trawa, zmęczeni imprezowicze i wyczerpani organizatorzy. Dobrze, a jednocześnie trochę szkoda, że najbliższa taka impreza dopiero na jesieni, także w ramach „Karpackich 4 Pór Roku”.
TEKST: „Gazeta Bieszczadzka”
Kinga Szewczyk



















